Zawierucha wojenna

We wrześniu, 1939r., rodzice rozłączyli się, bo ojciec próbował dołączyć do armii. W końcu znalazł się we Lwowie, a Mama w Stanisławowie. Oficjalna instytucja poczty nie istniała, ale ludzie przy okazji podróży (tułaczki) sumiennie przekazywali wiadomości. Dzięki takiej namiastce poczty Mama dowiedziała się, że Ojciec jest we Lwowie, i wkrótce do niego dołączyła. Pomyślcie, poczta jako taka nie potrafiłaby nawiązać kontaktu pomiędzy ludźmi, którzy nie znają adresu drugiego.

Gdy Lwów zajął Sojuz, Ojciec zorientował się, że ludzie znikają (aresztowani po cichu, w stylu Sojuza). Dlatego zgłosił się na ochotnika do pracy w hucie na Uralu. Akurat werbowali, i Ojca przyjęli. Na stację kolejową stawił się wraz z Mamą, co werbujących zdumiało. Jednak zgodzili się, i rodzice w letnich ubraniach, bez bagażu, pojechali wraz z kilkudziesięcioma Polakami (sami mężczyźni i moja Mama) do mroźnego Niżnego Tagiłu. Przez pewien czas nocowali w wielkiej, wspólnej sali, znowu kilkudziesięciu mężczyzn i moja Mama. Mężczyżni zachowywali się poprawnie, całe towarzystwo było przyjazne.

Następnie Rodzice zamieszkali w kuchni domku lokalnego prokuratora, człowieka bez najmniejszego wykształcenia, ani prawniczego, ani żadnego. Prokurator mawiał mojemu Ojcu: w Polsce było bogaciej, w Polsce lepiej ci się żyło. Na to Ojciec odpowiadał: nie-nie, tutaj lepiej. Można się uśmiechnąć na taki dialog, znając nędzę i prymitywne warunki życia w Rosji. Prokurator nastawiał swoją prostą pułapkę. Polował. A swoją drogą ciekawe, że potrzebował pretekstu, że nie zniszczył Rodziców ot-tak. Myślę, że gdy społeczeństwo jakoś tam – choćby najnędzniej – funkcjonuje, to pewne minimum musi być zachowane; inaczej raz dwa by przestało działać.

Mama wspominała, że inżynierzy w Sojuzie byli technicznie na poziomie, fachowi, ale … ku swojemu potężnemu zdumieniu przekonała się, że nigdy nie słyszeli o … Einstenie, pojęcia o nim nie mieli. W Polsce, przed Drugą Wojną, Einstein był niezwykle popularny, a nawet krążyły niewybredne dowcipy-wyjaśnienia teorii względności: jak wpakuję ci palec do nosa, to ty będziesz miał palec w nosie, i ja będę miał palec w nosie.

Mama, jako chemik, pracowała przy piecu, wpatrywała się w kolor ognia, decydowała, kiedy wyjąć roztopiony metal z pieca. Od jej dokładności zależała jakość stali. Pomyłka o moment (ułamek sekundy?sekundę-dwie?) oznaczałaby kosztowną marnację. Nie miała prawa się mylić.

Myślę, że Ojciec, mimo częściowego wykształcenia politechnicznego, pracował w hucie fizycznie. Był stale dotkliwie głodny. Racje jedzenia były głodowe. W takich okolicznościach popełnił błąd. Skusiła go dodatkowa racja chleba, dawana górnikom. W kopalni miedzi, głęboko pod ziemią, praca – polegająca na świdrowaniu ściany – była znacznie bardziej wyczerpująca. Racja chleba była przy tym niczym. Ratowała Ojca jak mogła Mama, dając mu połowę swojego jedzenia. Po pewnym czasie Ojciec wszystko jedno spuchł z głodu, miał atrofię któregoś stopnia (trzeciego) mięśni. Wzięli go na kilka dni do szpitala, po czym z powrotem do kopalni, pod ziemię.

Bycie górnikiem było jak bycie żołnierzem, a raczej niewolnikiem. Nie można było od kopalni odejść. Praca była mordercza, długie godziny, niemal bez dni wolnych. Był to wyrok śmierci rozłożony na raczej krótki okres.


Wspomnienia i przemyślenia (spis rzeczy)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *