Dzieci w czas Wojny

Przez szereg lat przed Wojną moi Rodzice pozostawali bezdzietni, mimo że młodzi ludzie potrafią być beztroscy nawet w najpoważniejszych sprawach. Tak było rozsądnie. Gdyby wszyscy zawsze postępowali rozsądnie, to ludzkość wkrótce znikłaby.

W znacznie trudniejszych, straszliwych warunkach na Uralu, gdy szalałała Wojna, a wokoło głód, Rodzicom urodziła się dwójka dzieci, a zaraz po Wojnie, na Ukrainie, jakby w drodze do Polski, jeszcze jedno.

Ich pierwsze dziecko, córeczka Danusia, wkrótce umarła, zanim się urodziłem. Sąsiedzi powiedzieli Mamie, że tak piękne dziecko żyć nie może. I tak się stało.

Minęło sporo czasu nim zacząłem wyobrażać sobie, jakby to było gdyby żyła, gdybym miał starszą siostrę. Jakby tęskniłem za nią. Może byłbym lepszym człowiekiem, o lepszej osobowości, mniej kalekiej.

Urodziłem się w domu, nie w szpitalu. Przy porodzie była akuszerka. Urodzeni w szpitalach mają standardowo nie tyle pępek, co dosyć głęboki lejek, może jakiś pępek schowany w głębi. Ja, w wyniku domowej operacji, miałem niewielki, półkulisty guziczek, który podobał się mamie. Łatwiej utrzymywać taki pępek w czystości.

Też ledwo przeżyłem. Przeszedłem gruźlicę. Mama miała gruźlicę w młodości. Jej zdjęcia rentgenowskie zawsze pokazywały zrosty, a moje płuca zagoiły się bez śladu. Właśnie dzięki temu, że chorowałem tak wcześnie. Odtąd płuca, a do niedawna także serce, miałem mocne.

Spędziłem trochę czasu w szpitalu. W Sojuzie nie wolno było odwiedzać w szpitalu swojego chorego dziecka. Więc rodzice stali w śniegu na dworze, a pielęgniarka chyba mnie opatuliła i wyniosła na balkon. Mama po latach opowiadała mi o tej scenie. Byłem naburmuszony, i za nic w świecie nie chciałem się uśmiechnąć, żadne Mamy próby namówienia mnie nie działały. Być może gniewałem się na rodziców za to, że mnie opuścili, obraziłem się.

I tak z rodzicami miałem niewiele kontaktu. Pracowali w hucie i w kopalni. Wychowywałem się w żłobku. Z czasem awansowałem do przedszkola – nie wiem, czy już na Uralu, czy też dopiero na Ukrainie.

Może z powodu sytuacji, może z innych, długo nie mówiłem. Co najwyżej “mama” lub “tata“. Pewnego dnia, miałem już trzy lata, Mama usłyszała z moich ust “chołodno”. Uradowała się ogromnie. Nareszcie zacząłem porozumiewać się. Wreszcie nie musiała zgadywać czy mi zimno, czy gorąco. Mogła zapytać. Sam jej mogłem powiedzieć. Moim językiem w owym czasie był wyłącznie rosyjski. Na więcej nie było warunków.

Może z braku języka zapamiętałem z dzieciństwa niewiele. Być może okruchy, które mi pozostały, też znam nieomal wyłącznie z opowiadań rodziców – niezbyt częstych – a nie z bezpośredniego, własnego zapamiętania.

Jedno pamiętam z pewnością. Myślałem. Bez słów. Nie wiem, jak to wiem, ale wiem. To uczucie akurat pamiętam dobrze.


Wspomnienia i przemyślenia (spis rzeczy)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *